|
Burdel warszawski
wtorek, 31 sierpnia 2010
Blondi - koniecznie
Nigdy jeszcze tego nie robiłam, ale pewna śliczna i zdolna blondynka odeszła ode mnie w przyjaznch warunkach i przyjmuje na Jakubowskiej 4. Warto, oj warto!
czwartek, 25 marca 2010
Prostytutką się trzeba urodzić
Moja dobra znajoma weszła na znajomą mi ścieżkę. Pomogłam na starcie, choć najpierw myślałam, że żartuje. Dzień po dniu obserwuję, jak uczennica przerasta nauczycielkę. Jedyne pytanie, jakie mi zadała: Czemu oni wszyscy stawiają sobie za punkt honoru zrobić mi dobrze? To tak, jakbym poszła do stomatologa i dbała, żeby mu było wygodnie na tym zydelku. Udawanie należy do gry, jest oczywiste, niektórzy żądają go więcej, to dostają ekstazę witą, ale czy to jakiś męski kompleks, sprawić orgazm prostytutce? Rodzaj sprawdzenia się? Taki jestem dobry, że nawet kurwy pode mną piszczą? I dziś spotkała pewnego Erniego, dżentelmena, przemiłego człowieka z wybrzeża, który nie mógł się nachwalić jej techniki głębokiego gardła, ale przy umawianiu się na następny raz dodał "ale nie mam zamiaru dbać o Twój orgazm". Uff...pomyślała, prawie całując go w rękę. Piszę upoważniona przez autorkę zajścia, oczywiście. No i dlatego, że nie przyszedł mi do głowy żaden smaczny przypadek związany z wątkiem terapeutycznym... Prostytutką się trzeba urodzić. I nigdy nie wiadomo, na kogo padnie. Tak, jak z wcieleniem Buddy, może być wszędzie.
piątek, 19 marca 2010
Orgazmy prostytutki
Psycholog (nie psychiatra) G.: Czy miała pani przyjemność seksualną podczas stosunków z klientem? Ja: zdarzało się. G: Ale jak często? Ja: raczej rzadko. G: Raz dziennie? Raz w tygodniu? Ja: Tylko z tymi pijanymi. G. robi się czerwony na twarzy, wcale nie dlatego, że wyczuł ironię. Po prostu się podniecił... G: A skoro byli pod wpływem alkoholu pewnie nie byli tak...grzeczni? Próbowali panią upokarzać? Ja: Zdarzało się. G: I podniecało to panią jeszcze bardziej? Ja: Nie, ochrona ich wyprowadzała, a jeśli byli mikrej postury sama zrzucałam ze schodów. I wyszłam z kolejnego gabinetu. Bez słowa, nawet tak naturalego dla mnie "do widzenia". lub" spierdalaj".
sobota, 13 marca 2010
Prostytucja a uzależnienie od władzy
Wiadomość "nie ma mnie tu" oznacza zazwyczaj przebywanie w innym miejscu. Na tym mnie więcej polega zabawa w chowanego. Tłumaczę, bo z komentarzy zabiła pewna, tego faktu nieznajomość, a jak wiadomo mam ciągoty pedagogiczne. Otóż nie było mnie TU, bo mnie miałam już o czym pisać, bo ile można opisywać wzwodów, dziwactw, śmiesznostek i morza goryczy. Można, ktoś mi odpowie, że cała literatura powstała na kilku zaledwie wątkach, o takich pisarskich żarcikach, jak ten blog nie wspominając. Ale mnie to nudzi. Tak szybko wiele spraw mnie nudzi, że sama się czasem poboję myśląc o swojej przyszłości...Ale - raz, że i strach mnie nudzi, dwa. że jak wiadomo funkcja myślenia jest w moją słabością... Jak się domyślacie, zaszły zmiany, zaangażowałam się i w związek i w działalność tak zwaną pro społeczną. Społecznie wyszło fajnie, choć biurokracja potrafi zabić jak ten nieszczęśliwiec z Chicago, który upadł na nóż, siedem razy. Zmierzam do tego, że aby dawać swoją postawą świadectwo, a i czując, że to właściwy moment, Antybioza postanowiła poszukać pomocy terapeutyczno - psychologicznej. Choć taka jedna, którą znacie, która zęby na tym temacie zjadła (jeszcze niedawno dodałabym, że może teraz robi jako kuriozum dla miłośników seksu oralnego. ale nie dodam, bo to już nie TA ja) ostrzegała, jak śliski i pełen niekompetencji to temat, ja wiedziałam lepiej. Pierwszych kilka wizyt u pań i panów psychologów, psychiatrów i seksuologów pominę, bo jeszcze mnie żenują, ale znając siebie wrócę do nich i opiszę coś na okrasę. Dziś tylko krótkie wspomnienie u pani, powiedzmy X: X: już dość dawno skończyła Pani z prostytucją, dlaczego więc odczuwa pani potrzebę rozmawiania o tym? Ja: Bo o tym trudno się zapomina. X. Na pewno. Hmmmm. A o czym najtrudniej? Ja: O poczuciu władzy, jaką ona daje. Pani X. ma dłuższy czas minę, chciałabym to jakoś opisać lepiej, ale po prostu...głupią. Upewnia się: Władzy? Kiwam głowa.Słyszę jeszcze dłusze hmmmm. Pani X.: Mam wrażenie, że była pani raczej ofiarą... Ja: Skąd przyszło to pani do głowy? Pani X: (chyba mnie nie słysząc) ...ofiary często wypierają swoje upokorzenie, pracując nad sobą, by go nie czuć Przekształcają swoje upokorzenia w poczucie siły, by przeżyć. Ja: I tęsknią potem za tym? Pani X dziwnie się śmieje: No, tęsknią raczej do pieniędzy, do których się przyzwyczaiły. Nie jest tak? (Mnie pyta?) Ja: Na pewno. Ale ja jestem osobą zamożną, zresztą wizyty u Pani do najtańszych nie należą. (teraz ja śmieję się uprzejmie) Pani X: Ale pieniądze odłożyła pani z... Ja: nie, jestem zamożna z domu. Zawsze byłam. Brak mi poczucia władzy, które odczuwałam wczodząc z klientem do pokoju. Minęło 50 minut. Głównie na hmmmm.... A ta była naprawdę z górnej półki intelektualnej i być może, że przy piątej wizycie załapie o co chodzi, lub zgrabnie to uda.
czwartek, 09 lipca 2009
Nie ma mnie tu
Dość długo mnie tu nie ma. Można pomyśleć - dostała nagrodę i we łbie się przewróciło. Zaniepokojonych zawiadamiam, że żyję, nieżyczliwych, że żyję dobrze a dla stęsknionych enigmatyczna pociecha: czekajcie...
wtorek, 27 stycznia 2009
And the Oscar goes to...
1) womanopole.blogspot.com - mój absolutny number one, numero uno i za całokształt i za szczegóły. 2) niemojabrocha.blox.pl - za łączenie pezji z trywialnością i za wspólną dzielnicę. 3) sokratejczyk.blox.pl - za cudowne mądrzenie się bez przemądrzałości 4) oholismic.blox.pl - za brak pretensji i za ODWAŻNE PRZEŁAMYWANIE STEREOTYPÓW - kur...wpadłam w ten ton, sciągnijcie mnie. 5) elcastellano.blox.pl - za najlepiej pojętą branżowość Keep it up! - in Polish only
Dziękuję za wyróżnienie. Chętnie wstawiłabym sobie to różowe z boku na stałe (wygląda jak jakiś dzień walki z rakiem piersi - więc podwójnie mi się podoba), ale nie wiem jak to się robi. Wieczorem nominuję, rzecz jasna następnych emejzing blogerów, chociaż jeśli tak dalej pójdzie wszyscy będziemy uber i z przeproszeniem chuj z wyróżnieniem, ale nie mam zamiaru być psujem. Moje obawy budzi sama moja nominacja: Antybiozie z blogu What's new, pussycat za umiejętności pisarskie, a także za odważne przełamanie obyczajowego tabu - nie budzi zastrzeżeń. Tak pięknie brzmiące "odważne przełamywanie obyczajowego tabu" stało się zwykłym courage. No, ale zawsze literatura traci w tłumaczeniu. Tylko co z tym "in Polish" only? Czy ja mam umiejętności pisarskie tylko w Polsce? Czy umiejętności literackie może i wszędzie, ale odwagę juz tylko w Polsce? Czy gdybym pisała blog w dwóch wersjach językowych mój polish byłby odważny, a mój english...tchórzliwy? To tak zawsze jest, odznacz kogoś, wyróżnij, nominuj, a i tak się będzie czepiał i rękę ugryzie.
poniedziałek, 19 stycznia 2009
Podobno nie wróci do pracy.
Podobno wiadomo już, dlaczego od tak dawna nie pokazuje się Marina. Podobno umarła na raka. Podobno płaciła koleżankom, żeby podawały jej nazwisko przy robieniu cytologii, których to badań wymagam. Podobno wiedziała o swojej chorobie od dawna i dlatego dawała bez gumy. Podobno po to, żeby zarobić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, żeby jak najwięcej pieniędzy zostawić swoim dzieciom. Podobno i tak nic im nie zostawiła, bo w ostatnich tygodniach życia wydała wszystko na pseudo eksperymentalne terapie jakiegoś hochsztaplera z internetu. Podobno prosiła, żeby mi nie mówić, że umiera, bo będę na nią zła. Tak, jestem zła, głupia dziewczyno, jestem na ciebie wściekła. I mam nadzieję, że tam, gdzie teraz jesteś nie będziesz musiała bać się niczego i nikogo.
piątek, 09 stycznia 2009
Zażenowanie-tak, duma - nie
Dziś czytelnik napisał do mnie (dziękuję, B.B.) i poinformował, że jestem na dziewiętnastym miejscu rankingu popularności w kategorii 18+. Pierwsze, co poczułam, to radosne zdumienie: to ktoś mnie czyta, ale fajnie! Potem zajrzałam w ten ranking, pooglądałam i zrobiło mi się smutno. W krainie ślepców jednooki królem.
niedziela, 04 stycznia 2009
Seksualne ekscesy pracowników umysłowych i ich wpływ na moje życie rodzinne.
Pierwsze koty podarte z mężem. Ponieważ, tak jak pisałam, w Sylwestra mogłam do firmy tylko zaglądać, miałam czas na 'cywilny' bal sylwestrowy, a może raczej duże przyjęcie. Mój mąż nie udziela się za bardzo towarzysko, ale czasem musi - i sądzę, że mimo utyskiwań już na trzy dni wcześniej - lubi czasem opuścić swój fotel. A więc, trochę z obowiązku, a trochę dla przyjemności - no i spełniając zamówienie towarzyskie na pokazanie wreszcie szerzej żony, bo do tej pory spotykałam jego znajomych z pracy w podgrupach. Przyjęcie było udane w stateczny, konserwatywny sposób w jaki bawią się środowiska uniwersyteckie. Mąż, wykładowca i dziennikarz reprezentuje młodsze pokolenie, ale i tak nasz stolik nie zaniżył średniej, która wynosiła 60 plus. Tak więc kultura, anegdoty, nawet i tańce. Wszystko byloby dobrze, gdyby nie mediewista, o którym wiem, że lubi mieć na sobie stanik i pończochy, gdy robi mu się francuza, Z., który przedstawiał się w burdelu jako księgowy, a w ten wieczór okazał się specjalistą od izotopów węglowych, czy czegoś podobnego i w dodatku piszącym pod pseudonimem poetą. I A., jedyny, który mnie skojarzył, bo jest naszym klientem od tak dawna, że załapał się i na moje usługi. Ten z kolei przynosił zdjęcia swojej żony, zresztą bardzo przystojnej pani, którą też poznałam i chciał, żeby go upokarzać, mówiąc - to twoja żona, szczurze, pierdolisz taką pokrakę, takie gówno, a potem przyłazisz do mnie, na kolana...pokaż, jak ją pierdolisz, to pewnie jakby pierdolić psa, co? Oczywiście nie dał nic po sobie poznać, bardzo miło, rączka-ustka-rączka. Tamci dwaj, nawet jeśli wydałam im się znajoma, to nie znaleźli nic w zasobach pamięci skąd mogliby mnie znać - wszak prawda zbyt nieprawdopodobna, żeby brać ją po uwagę. I nie w tym problem. Problem w tym, że opowiedziałam to mężowi. Rozbawiło go to bardzo, może dlatego, że był po kilku drinkach. Wczoraj jednak, gdy wrócił z jakiegoś zebrania, wrócił wkurwiony. Mówi, że nie może patrzeć na swoich, od lat znanych kolegów, nawet tych, o których nic nie mówiłam. Że nie spojrzy w oczy mediewiście, bo widzi go śliniącego się w czerwonych pończochach. Nie wspomniałam już o tym, że on lubi białe, żeby nie dolewać oliwy do ognia. Że nie może dzwonić do A. i gdy odbierze jego żona prosić do telefonu, bo nie może znieść własnej dla niej litości. Kipiał i parskał - nie znałam go takiego. Cóż, zetknięcie umysłu wyższego z przyziemnością świata bywa bolesne. Będę musiała przypomnieć mężowi, że nasze seksualne obyczaje także mogłyby komuś wydać się odrażające, i że gdy ktoś wynosi swoje potrzeby ze związku na zewnątrz, zawsze grozi mu, że będą wyśmiane, lub komentowane przez osoby trzecie. Może to być dla niego niezłą nauczką - gdyby przyszło mu do głowy skakać w bok. A na razie zmilczę, zwinę się w kłębek przy jego boku i poczytamy sobie coś razem. To zawsze uspokaja. |
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|